Noc w Buenos Aires

Magda i Jakub

Ostatni transatlantyk przybił do portu osiem godzin temu. Emigranci z Europy już dawno zeszli na ląd i zmieszali się z tłumem ulicy. Słodkie Buenos kładło się do snu po długim, ciężkim dniu.
Z portowych spelunek i wąskich uliczek przesiąkniętych smrodem ryb i pomyj, z lombardów, nielegalnych loterii, domów publicznych i tanich noclegowni, wolno budziło się w noc groźne i drapieżne Buenos.

Okna mieszczańskich domów ryglowano ciężkimi okiennicami, odmawiając przy kolacji dziękczynną modlitwę za miniony dzień, prosząc z nadzieją w głosie o kolejny. Sklepy, pralnie i dworce odpoczywały w długo upragnionej ciszy po wybrednych klientach. Urzędnicy miejscy wreszcie mogli iść spać ze swoimi brzydkimi lub obcymi żonami; policjanci po zatrzaśnięciu wszystkich ciężkich krat myśleli już tylko, by zapomnieć o  kolejnym parszywym dniu przy butelce taniego miejscowego wina.

W niespiesznym rytmie słodkie Buenos zaczynało śnić o dawnych, wspaniałych czasach, dyskretnie opuszczając powieki na nocnych przybyszów. To oni: bandyci, szmuglerzy alkoholu, dziwki, alfonsi i  złodzieje, karciani oszuści, fordanserki, drobni rzezimieszkowi i paserzy, płatni mordercy i fałszerze pieniędzy brali w posiadanie to piękne miasto.

Dochodziła północ. Bandoneon fałszywie wygrywał pojedyncze nuty. Nożownik z wydekoltowaną lafiryndą stali w brudnym korytarzu knajpy. Dziewczyna uśmiechała się i cicho mówiła do niego, on wzrokiem taksował wchodzących, jakby oczekiwał na kogoś.

Barman o krótkich włosach sterczał za barem, ciągle myśląc o bójce ubiegłej nocy. Co chwila ciężki kaset mile obijał się o jego prawe udo w kieszeni spodni. Na taborecie pod stertą gazet leżał nowy rewolwer gotowy do wyplucia sześciu pożegnalnych słów. Barman kupił go przed dwiema godzinami na targu od człowieka mówiącego z cudzoziemskim akcentem. Sprzedawca był bardzo nieufny i po transakcji szybko zniknął w tłumie. Barman wściekły klął pod nosem, bo wiedział, że słono przepłacił. Ale czego się nie robi dla uspokojenia myśli?

Na słabo oświetlonych deskach kilkanaście par słuchało muzyki. Tańczyli. Melodia prowadziła ich szybkim rytmem, na moment zabierając daleko z tej taniej speluny.

Przy stoliku siedział biedny emigrant. Gdy popołudniu wysiadał ze statku, tłum rozdzielił go z narzeczoną. Szukał jej cały dzień i nie znalazł, aż głodny doszedł do tego miejsca. Zmęczony i oszołomiony siedział ze szklanką wina w dłoni i przyglądał się gwałtownej sprzeczce dwóch mężczyzn, którzy chcieli zatańczyć z tą samą kobietą.

Nie widział ich groźnych oczu śledzących każdy ruch rywala. Zasłaniał je cień borsalino głęboko opuszczonych na twarze. Ich kłótnia nie trwała długo; wszystko skończyło się tak nagle jak zaczęło: unoszący się w powietrzu dym śmierdzących cygar i tanich papierosów przesłonił szybki ruch ręki i błysk ostrza. Jeden z mężczyzn upadł.

Dźwięki bandoneonu wydawały się teraz jakby znajome, przypominając emigrantowi coś bliskiego … tak, pomyślał, przypominały mu ją. W porcie, gdzie ich rozdzielono, jej czerwona sukienka raz jeszcze mignęła mu w tłumie, pociągnięta nagłą falą ludzkich ciał. Gdzie jest teraz, czy go szuka? Może jak on siedzi w podobnej tancbudzie przy brudnym stoliku i czeka na niego, myśląc o tych chwilach, gdy byli razem.

Do lokalu wchodzą nowi ludzie, mężczyźni o zarośniętych twarzach i zniszczonych ubraniach. Chcą napić się, a potem zapomnieć o ciężkiej portowej harówie w ramionach dziwki. Dziewczyny siedzące przy barze nie ruszają się nawet na ich widok. Siedzą znudzone opierając się o bar. Czekają na kogoś innego, czekają na tych, którzy, gdy nadchodzi wieczór, porzucają swoje dobrze płatne prace, i zmieniwszy koszule z białej na czarną, wyruszają ciekawi nocnego życia zakazanych dzielnic. Dziewczyny czekają na to, że któregoś dnia jeden z nich przyjdzie może i tu, stanie przed nimi i podniesie rondo swojego kapelusza na tyle wysoko, że będzie można zobaczyć jego uśmiechnięte oczy.

Może nigdy się to nie zdarzy, ale dziewczyny nie wiedzą tego. Noc jeszcze długa. Na pewno potańczą z tymi, którzy właśnie weszli, udając w tańcu, że słuchają ich chełpliwych opowieści pełnych bijatyk i banalnych obietnic. W tańcu, gdy zamkną wtedy oczy, mogą wyobrażać sobie, że tańczą z mężczyzną o łagodnym uśmiechu…

Rozstrojony bandoneon nie pozwala ani na chwilę zapomnieć o tym miejscu. Nożownik w korytarzu milcząco obejmuje swoją kobietę, drugą ręką gładząc rękojeść swojego szerokiego noża. Barman co chwila poprawia stertę gazet na taborecie, niecierpliwiąc się coraz bardziej. Emigrant zdezorientowany, nie wie, czy to wino uderzyło mu do głowy, czy też to co widzi, to tylko majak senny, a on sam jest ciągle jeszcze na statku, blisko swojej dziewczyny; wspólnie snują plany na przyszłość.

Nagle drzwi do knajpy otwierają się. Spojrzenia wszystkich, poderwane jak na komendę, odwracają się w tamtą stronę. Bandoneon nieprzerwanie opowiada swoją historię. Emigrant podnosi głowę. Przez szarobłękitny dym widzi jak na salę wchodzi…